Urząd Miejski w Pyrzycach

  • Pic 1
  • Pic 2
  • Pic 3
  • Pic 4
  • Pic 5
  • Pic 6
  • Pic 7
  • Pic 8
  • Pic 9
logo

Ciekawostki i legendy

dodano: 15-03-2012

Podziemne przejście

Opowiadano przez wieki w Pyrzycach o podziemnym korytarzu łączącym klasztor franciszkanów z żeńskim klasztorem augustianek na Starym Mieście, a więc przechodzącym pod murami i fosą miejską. Nikt nań do dziś nie natrafił.

Ukryte skarby w kościele

Opowiadano o zakopanych skarbach w kościele farnym. Usłyszawszy o tym Kratz, dowódca wojsk austriackich plądrujących Pyrzyce w 1630 r., prześladował ówczesnego proboszcza Łukasza Schramma, bezskutecznie domagając się wskazania miejsca. Poszukiwał wreszcie z wojakami na własna rękę, ale bez skutku. Jednak o skarbie opowiadano nadal. Wreszcie proboszcz Hoppe i burmistrz Schmidt postanowili rzecz sprawdzić. Sprowadzono pewnego górnika z różdżką czarodziejską, takiego dzisiejszego radiestetę. Zakrystian 24 V 1747 wskazał na pewne miejsce w zakrystii. Wykopano tylko gruz i kości, co zrozumiale, gdyż w kościele przez wieki grzebano duchownych i prominentów świeckich. Potem już długo nikt poważnych poszukiwań nie prowadził. Dopiero ks. proboszcz i dziekan Stefan Kaczmarek na początku lat 60. XX w. po podjęciu odbudowy kościoła, słysząc o tych starych opowieściach, miał podobno dawać baczenie na to co jest pod posadzką, bo i okazja była szczególna, skoro kościół poddawano renowacji od podziemi po dach. Ale i wtedy natrafiono tylko na ludzkie kości. Legendę o skarbach musimy więc chyba ostatecznie między bajki włożyć. Jak w cale4j Europie i w wczesnych Pyrzycach kwitły zabobony i wiara w cuda.

"Stary Kościół"

Wedle opowieści chłopów z Brzeska, na wsch. od drogi prowadzącej do opuszczonego już Podlesia (dawniej Augusthal, obecnie w gm. Przelewice, ale w 2007 r. rada gminy skasowała miejscowość w ewidencji bo nie jest od 1945 r. zamieszkałą) miała kiedyś istnieć wieś o nazwie Schmargendorf lub Altkirch ("Stary Kościół"). Posiadała szczególnie piękny kościół, lecz za brak wiary mieszkańcy zostali srodze ukarani. Wróg zniszczył wioskę, wieża kościelna się zawaliła, a dzwony wpadły do stawu. Fryderyk Schmidt z Brzeska, zasłużony zbieracz pyrzyckich legend i nazw terenowych, opowiadał ok. 1920 r., że ruiny wsi istniały długo, a ich resztki przetrwały do czasów mu współczesnych. Później nie były już widoczne, bo zapewne usunęli je właściciele Przelewic. Być może "Schmargen" pochodzi od dawnej pomorskiej nazwy jałowca (szureca), bo słowo to nie znajduje w języku niemieckim odpowiednika. W pobliżu tego miejsca między polami Brzeska i Kosina, płynie potok Jordan, nad którym według starych mieszkańców Brzeska z pocz. XX w. istniała wieś, a na pobliskim polu Jordansgrund przy Polskiej Drodze odkryto kiedyś kurhany z epoki kamiennej, urny i kości z epoki brązu, wreszcie wiele przedmiotów z lat 900–1350, zaś szczególnie na gruncie o średnicy 300 m wiele słowiańskiej ceramiki, opalone kamienie i kości. To widocznie ślady po tej zniszczonej wsi. To przypuszczalnie ją 3 VI 1124 r. odwiedził biskup Otto z Bambergu w drodze do Pyrzyc, chrzcząc 30 mieszkańców. To zatem być może dlatego pobliski potok nazwano Jordanem, jak rzekę w Palestynie, w której chrzcił w. Jan Chrzciciel, a wodę z tego potoku przez wieki uważano za poświęconą i używano do chrztu dzieci. Dlatego obecny proboszcz Brzeska ks. January Żelawski postawił tam krzyż misyjny. Krzyż nad Jordanem.

Rugowanie Słowian w Pyrzycach

Od połowy XIII w. postępował intensywny proces germanizacji Pomorza, w związku z napływem niemieckiego duchowieństwa, mieszczaństwa, rycerstwa, chłopstwa. W latach 1230-1240 powstała obok grodu ( kasztelańskiego zamku książęcego) i podgrodzia (dziś Stare Miasto), nowa osada miejska, zorganizowana przez niemieckich przybyszy. Słowiańscy Pyrzyczanie mieszkali nadal na podzamczu, poddani po 1250 władzy augustianek, i do XVI w. zachowali swe nazwiska oraz swą pogardzaną już mowę. Przypominam o tym z powodu zachowanej legendy czy podania ludowego rzucającego zapewne światło na starcia wywołane zmianami etnicznymi i zniesieniem zapożyczonego z Polski po 1120 r. ustroju grodowego. Mianowicie w Pyrzycach przez wieki opowiadano o przesiedleniu Słowian poza mury obronne i o ścięciu przez mieszczan ostatniego książęcego kasztelana pyrzyckiego. Pisali o tym w Szczecinie H. Dollen w XIX w., K. Górski w 1948 w materiałach VII zjazdu historyków polskich we Wrocławiu, K. Ślaski w 1951 na lamach Przeglądu Zachodniego w Poznaniu (Podania zachodnio-pomorskie jako materiał badań wczesnodziejowych).

Legendy o rycerzach ? zbójach

W dawnych czasach zmora pyrzyckich mieszczan było trudniące się rozbojem zubożone okoliczne rycerstwo, łakomym wzrokiem patrzące na bogacących się mieszczan. Do legend przeszły czyny i upadek rycerzy z rodu Blankenburgów. W XIII w. pełnili wraz z innymi służbę w pyrzyckim zamku książęcym na Starym Mieście, dopóki ten istniał, do 1283 r., mieli na podzamczu dwór (1279), potem usadowili się w zameczku w Czarnowie (gm. Kozielice), którego ślady przy jeziorze istnieją do dziś. Stąd i z umocnień na Górze Zbójów (Räuberberg) przy jez. Piaseczno, kontrolowali Drogę Lota (Lotweg) prowadzącą z Chojny do Stargardu. Czarnowskie gniazdo Blankenburgów było utrapieniem kupców podążających do Pyrzyc i Bania. Drugim ich ośrodkiem były pozostałości dawnego pomorskiego grodu w Lesie Miejskim k. Tetynia/Przydarłowa. Tam chronili się w chwilach niebezpiecznych.

Wreszcie rozboje zmobilizowały mieszczan i książąt pomorskich. Książęta Warcisław IV (zm. 1326), Otto I (zm. 1344) i Rada Miejska Pyrzyc wyznaczyli nagrodę i obiecali przywileje temu kto rabusia dostarczy żywego lub martwego. Pewnego razu Blandenburg płynął rzeką Łozicą łódką ze swych szańców nad jez. Świdno k. Tetynia do Czarnowa. Poniewaz dzień był upalny, zmęczony zatrzymał się w kniei, wyszedł na brzeg i uciął sobie drzemkę w cieniu zarośli olchowych. Śmiertelna cisza panowała w lesie. Milczeli nawet jego upierzeni mieszkańcy, by nie przeszkadzać demonowi. Tak smacznie śpiącego Blankenburga zastał pewien pyrzycki bednarz. Skuszony wysoką nagrodą rąbnął zbója klepką w czoło z wielką siłą. Uderzenie było śmiertelne. Od Rady Miejskiej otrzymał przywilej mocą którego wszyscy pyrzyccy bednarze otrzymali prawo bezpłatnego wyrębu drzewa na klepki w Lesie Miejskim. Wystawiony przy tej okazji przywilej był podobno jeszcze w 1797 r. w posiadaniu cechu bednarzy. Za tym i Bednarska Góra k. Krzemlina zdaje się przemawiać.

Inni jednak dawniej opowiadali, że mieszczanie Pyrzyc i Bania zawarli porozumienie w sprawie zorganizowania wspólnej wyprawy zbrojnej przeciwko Blankenburgowi. Pewnego dnia ruszyli zbrojni, gdy przebywał on w Lesie Miejskim. By jednak w gęstwinie móc się rozpoznawać, a okrzykami nie wypłoszyć zbója i jego drużyny, ustalili hasło rozpoznawcze. Bańszczanie zwoływali się naśladując beczenie młodego cielaka. Stąd wzięło się potem używane na Pomorzu pogardliwe określenie bańszczanina: "bański cielak". Wysiłek mieszczan został uwieńczony sukcesem. Rycerza ujęto. Wkrótce też zburzono po oblężeniu jego zamek w Czarnowie, zaś wieś książęta nadali na własność Pyrzycom, co już legendą nie jest, bo zachował się przywilej nadawczy z 1322 r.

W Pyrzycach przekazywano z pokolenia na pokolenie opowieść jak to rozpoznany w mieście osaczony i odcięty od swej zbrojnej drużyny Blankenburg schronił się do jednej z baszt miejskich. Wyciągnął za sobą na szczyt drabinę i co jakiś czas wyglądał przez szczeliny strzelnicze, wypatrując odsieczy. Nie sposób było go stamtąd wykurzyć. Wówczas pewien kowal wpadł na sposób. Osadził kosę na sztorc, wspiął się na wieżę od strony zewnętrznej i kiedy rycerz wystawił głowę by znowu sie rozejrzeć, odciął mu ją ku uciesze zgromadzonej miejskiej gawiedzi. Odtąd spokój miał zapanować w okolicy. Inna wersja legendy powiada że ten rozbójnik to Plump (zob. niżej legenda o Plumpie). Legend takich jest więcej. Opowiadano również, że w lochu Baszty Więziennej (Sowiej) zakuwano łańcuchem szczególnie groźnych rycerzy z okolicy.

Jak jezioro Miedwie powstało

Opowiadano kiedyś, że przed wiekami cała rozległa dolina zajmowana obecnie przez nieckę jeziora Miedwie, należała do bogatej i surowej pani. Pewnego dnia w upalne lato wpadła ona na osobliwy pomysł: postanowiła sankami pojeździć. Nakazała dlatego swej służbie szeroki pas ziemi posypać grubą warstwą soli. W efekcie teren wyglądał jakby śnieg popadał. Z wielką paradną świtą kapryśna matrona wybrała się na przejażdżkę w saniach ciągnionych przez sześć bułanków. Przecież za to że zmarnotrawiła tyle soli, tak cennej przyprawy, z wielkim trudem w solankach bałtyckich produkowanej, kara boska ją dosięgła. Ziemia nagle rozstąpiła się, panią z jej świtą pochłaniając. Wyłoniła się głęboka i szeroka szczelina, która wypełniła się słoną wodą. Tak to jezioro Miedwie powstać miało.

Cos w tym jest. Bogactwo owej pani przypomina krainę "miodem" płynącą. Nazwa jeziora, znanego ze źródeł pisanych od XIII w., brzmiała: Meduwe, Madui, Medewy i wyraźnie na związek z miodem wskazuje. Często od jezior brały nazwę pobliskie miejscowości. Może i koło Miedwia istniała osada zaginiona, zwana wedle innej legendy Miodowo, świadcząc o trudnieniu się mieszkańców pszczelarstwem. Legenda ta też nie bez oparcia w faktach. Otóż teren wzdłuż zachodnich brzegów jeziora, gdzie w XVIII w. założono wioski Giżyn, Ostrowica i dalej aż po Żelewo, zwano kiedyś po słowiańsku Madanzig. Teren ten wyłonił się spod wody w XVIII w. odsłaniając przegniłe przed wiekami pnie drzew leśnych. Tam mogła istnieć zaginiona wieś, w której według opowieści mieszkało wielu rozbójników i innych bezbożników. Szczególnie uwzięli się oni na sąsiadujących z nimi mnichów z Kołbacza. napadali na nich zwłaszcza gdy z datkami od mieszkańców wsi podpyrzyckich do klasztoru wieczorem wracali. Roku pewnego, w dzień św. Jana Chrzciciela pewien mnich z ogromnymi ilościami jałmużny do Kołbacza powracał. Zbójcy nań napadli. Obrabowany i poturbowany cysters przeklął ich po wsze czasy. Natychmiast zerwała się wielka burza. Fale Miedwia podniosły się jak straszliwe potwory, naparły na wieś, pochłaniając ją wraz z mieszkańcami. Co roku w dzień sobótkowy słyszano potem dzwony kościelne pochłoniętego Miodowa. Tego dnia żaden rybak nie ośmielał się na jezioro wypływać, bowiem woda wzburzona była.

Miodowo (Madanzig) zalane zostało jednak w istocie dopiero po podniesieniu przez cystersów poziomu wody w jeziorach Miedwie i Będgoszcz gdy w XII-XIII w. pobudowali liczne młyny na rzece Płoni i jej dopływach.

Sieja miedwiańska

W głębinach jeziora Miedwie żyje morska ryba sieja. I ona trafiła do legend znanych już w XVII w. Ryba ta miała się pojawić w Miedwiu za sprawą układów opata kołbackiego Brunona, Fabiana czy Arnona, rodem z Italii, z czartami. W 1700 zarządca domeny państwowej z Kołbacza zapisał, ze według ludowego przekazu rybę z włoskiego jeziora sprowadził opat cystersów. Mówiono, że arcybiskup z Moguncji albo sam papież ikrę opatowi przysłał, stąd jej pokrewieństwo z sieją włoską.

Wedle jednej wersji, pewnego upalnego lata nagle i niespodziewanie znikły ryby w Miedwiu. W ciągu kilku tygodni rybacy z pustymi sieciami z jeziora powracali. Cysterskim chłopom z przybrzeżnych wsi jak Wierzbno, Turze, głód zaglądał w oczy. Pewnego wieczora spacerujący nad jeziorem kołbacki opat, wielki smakosz ryb, napotkał diabla znającego jego pragnienia. Kusy zaproponował układ: ryby pojawią się w jeziorze w zamian za duszę opata po śmierci. Warunkiem postawionym przez opata była dostawa ryb już następnej nocy zanim kur trzy razy zapieje. Po powrocie ze spaceru opat zamknął się w swej celi, kazał sobie podać przednich miodów i win i całą noc oraz dzień następny medytował, jakby tu rybę dostać i diabła wykiwać. Następnego dnia wieczorem udał się na brzeg jeziora i podpisał cyrograf spisany przez diabla na oślej skórze. Przedtem rozesłał mnichów po wsiach, by przed świtem udali pianie kogutów, a chłopom polecili wyruszyć wszystkimi łodziami na jezioro. W kilka godzin po tej transakcji rybacy wracali z łodziami pełnymi świeżej ryby.

W najbliższą niedzielę w stronę Kołbacza wyruszyły ze wszystkich nadmiedwiańskich wsi dziękczynne procesje. Co sie z opatem stało, milczy legenda. Ale inna wersja, znana w wielu odmianach, mówi co innego. .Ów opat rodem z Italii tęsknił za potrawą z siei. Znoszono mu z Miedwia szczupaki, węgorze czy liny, ale nie dorównywały smakiem siei, którą jadał za młodu. Kiedyś siedząc w refektarzu przy suto zastawionym stole ze smutkiem i nostalgią wspominał dawne czasy, gdy w italskim klasztorze w Como zajadał smakowite potrawy z siei. Głośno manifestował swe pragnienie zdobycia chociaż tuzina tej królewskiej ryby, rozpowiadał ze gotów połowę swego majątku za nią oddać, a nawet poświęcić zbawienie swej duszy. Wtedy nagle w drzwiach pojawił się Kusy okryty peleryną, z trójgraniastym kapeluszem na głowie. Na jego widok opat się zreflektował i krzyknął:" Idź precz szatanie" Diabeł wycofując się zdołał powiedzieć, że spieszy się właśnie nad jezioro Como. Słowo to z nową siłą wzmogło pożądanie opata. Poprosił więc czarta o tuzin tej ryby, skoro się tam udaje. Ten przystał z ochotą na to, wszak pod warunkiem, że następnego dnia nim pierwsze kury zapieją z rybami powróci, a dusza opata będzie jego.

Potem do głosu u opata doszły wyrzuty sumienia tłumiące uczucie głodu. W trosce o uratowanie duszy opat pogrążył się w modlitwie leżąc krzyżem przed ołtarzem. Tam zastał go jeden z braci obyty w postępowaniu z czartami i po zapoznaniu się ze sprawą, wziął ją w swe ręce. Braciszek ów czuwał na murze klasztornym i gdy poczuł powiew ciepłego powietrza od południowej strony, coraz narastający, a następnie zobaczył nad Miedwiem jastrzębia dźwigającego jakiś ogromny tobół, począł udawać kwilenie jastrzębia. Natychmiast w klasztornych kurnikach odezwały się koguty ostrzegające kury przed niebezpieczeństwem. Nad jeziorem rozległ się straszliwy głos miotający przekleństwa. Z tobołu posypały się ryby do jeziora tworząc czarną chmurę. Tak to diabla przechytrzono, a w nurtach Miedwia poczęła żyć sieja.

Wedle innej jeszcze wersji legendy, opat zapisał diabłu duszę nie tylko swoją, ale i dziesięciu braci, toteż potem, by diabla przechytrzyć, wysłał ich do wsi by po kurnikach zaczęli rankiem piać budząc koguty. Czort wędrujący nad Miedwie zmęczył się wielce, toteż siadł na wielkim głazie w pobliżu jeziora i tam dobiegło go pianie kogutów. Widząc ze przegrał, ze złości tupnął kopytem o kamień, garnek w którym miał sieje rozbił o niego, a ikrę wyrzucił do Miedwia z zaklęciem "Bodaj żeście tam siedziały do sądnego dnia w największej głębinie" Od tej pory w Miedwiu mamy sieje, a ów Diabelski Kamień k. Dębiny nosi do dziś odcisk diabelskiego kopyta i wgłębienie po rozbitym garnku.

Jak kościół w Rzepnowie budowano

Obecny kościół w Rzepnowie niemal od fundamentów zbudowano w latach 80.XX w. Jego poprzednik bowiem, po lekkim zniszczeniu w 1945 r. opustoszał i popadł w ruinę. Zbudowano go w końcu XVI w. oczywiście na gruncie wcześniejszego, wzmiankowanego w XIV w., ktory w 1590 groził zawaleniem. Opowiadano kiedyś, że gdy kościół wzniesiono, musiano go nieco przesunąć. Wszyscy mężczyźni zabrali się do przepychania rękami i głowami. W czasie tej pracy powycierali sobie głowy, zwłaszcza ci pchający przy fundamentach i narożnikach. Dlatego później w okolicach Pyrzyc, nie chcąc łysemu sprawić przykrości, mówiono o nim żartobliwie" "To jeden z tych co kościół w Rzepnowie przesuwał".

Ale jest tez inna stara legenda. Kościół miał w początkach XX w. krzywą wieżę. Wiemy, że zbudowano ją w 1703 r. Kiedy pytano mieszkańców jak do tego skrzywienia doszło, odpowiadali: " Kiedy kościół budowano i na nowo wieże wzniesiono, diabeł rzucił głazem skalnym chcąc świątynię zburzyć. Chybił jednak nieco i tylko wieżę uszkodził, skrzywiając ją. Blok skalny leżał koło kościoła przez wiele lat, aż mieszkańcy rozbili go na części, używając do budowy muru kościelnego i cmentarnego. Jeszcze w początkach XX w. można było obserwować w murze kościelnym dwa duże kamienie z odciskami diabelskich palców. Kiedy jednak poszerzano podwórze kościelne, murarz oszlifował te kamienie likwidując czarcie ślady.

Plump z Pyrzyc

W dawnych czasach nieokrzesańca, grubianina czy człowieka niezdarnego przezywano na Pomorzu Plumpem z Pyrzyc. Przyczyny tego owiane są legendami i anegdotami. Opowiadano (np. w połowie XIX w.) anegdotę o pobycie w Pyrzycach króla Fryderyka II w lipcu 1740 r. Przejeżdżając do Stargardu, zatrzymał się na popas i posiłek w zajeździe "Pod słońcem" przy ul. Szczecińskiej (ob. Kilińskiego). Przy urządzonym dla przyjęcia króla i jego świty stole biesiadnym burmistrz pełnił rolę gospodarza. Kiedy on z wielkim uszanowaniem w ukłonach pierwszą wazę z jadłem prezentował i gości częstował, z powodu wielkiej tremy potknął się pechowo, potrawę rozchlapał, króla i jego otoczenie pobrudził. "Wielki Fryc" ze spokojem miał wtedy rzec: "Oto jest Plump z Pyrzyc w nowym wydaniu". Ale co król miał na myśli? Widocznie Plump sławny był długo wcześniej i znany też w środowisku dworskim

W Pyrzycach i Lipianach żyli kiedyś wcześniej dwaj bracia, Plumpowie właśnie. Zajmowali sie bydlęcym handlem, zwłaszcza końskim. Byli bogaci, zarazem rubaszni, poczciwi i nieokrzesani ludzie. Jeden z nich działał w okolicy Pyrzyc, drugi na całym Pomorzu, w większych miastach. Obaj byli powszechnie znani, bo pozostawali w ciągłym ruchu, odwiedzając targi i jarmarki bydlęce i końskie. Posiadali szczególny dar handlowania, talent do interesów, toteż ich obecność gwarantowała udane transakcje. Kiedy rozchodziła się wieść, że Plumpa na targu nie będzie, tracono ochotę do większego handlowania, bo nie wróżyło to udanych zakupów. Mówiono, że swe szczególne szczęście do interesów i sławę Plumpowie zawdzięczali opiece nad szpitalem św. Ducha, którego spadkobiercą jest obecnie biblioteka miejska. Król Fryderyk musiał więc znać opowieści o rubasznych i prostackich pyrzyckich handlarzach.

Z biegiem lat, zapewne już skutkiem rozpowszechniania opowieści o niefortunnym burmistrzu przy stole biesiadnym, utrwaliło się pejoratywne znaczenie określenia "Plump z Pyrzyc", które skojarzono ze znaczeniem słowa plump. W języku niemieckim to ktoś ociężały, niezgrabny, prostacki niezguła. Powstaje podejrzenie, że nasi handlarze nie nosili nazwiska lecz już przezwisko. Tak to z przezwiska powstało lekceważące określenia mieszkańców Pyrzyc, potem w ogóle niezguły, osoby niezgrabnej, nieokrzesanej na całym Pomorzu.

Domyślano się, że przezwisko jest bardzo starej daty. Okolice Pyrzyc są podmokłe o ciężkiej glebie bagiennej. Kto więc je pieszo przemierzał, brnął z trudnością, chwiał się, stopy od gruntu z trudem odrywał, robił wrażenie człeka ociężałego, niezgrabnego. Może stąd Plump? Pyrzyczanie odrzucali te anegdoty, przedstawiające ich w niekorzystnym świetle. Sami rozgłaszali, że Plump to był średniowieczny rycerz rozbójnik, ktory miastu dawał się we znaki, wreszcie osaczony w wieży zginął (zob. legenda o rycerzach?zbójach wyżej).

Dzielny bombardier

Baszta Sowia (dawniej Więzienna) zanim w XVI doszło do jej podwyższenia przez dobudowanie ośmiobocznego tamburu zwieńczonego stożkowatym hełmem, miała platformę dla jednej z głównych armat. W początkach lipca 1478 doszło do słynnego oblężenia Pyrzyc przez wojska elektora (margrabiego) brandenburskiego Albrechta Achillesa w toku jego wojny z Boguslawem X (zob. więcej rozdz. IV). Księcia dzielnie wspierali wierni mieszczanie. Szczególnie zasłynął obrońca obsługujący właśnie bombardę na Baszcie Więziennej. W sto lat później burmistrz Piotr Chelopeus w swej kroniczce zapisał: Posiadali wówczas Pyrzyczanie bombardiera, który z wieży z tamtej strony ulicy Bańskiej, oblegającym wyrządzał wielkie szkody, a margrabiemu pokarm ze stołu strącał. W cokolwiek chciał, zawsze trafiał. Późniejsi dodali imię i nazwisko bombardiera. To Baltazar Holz. Skoro strzelał z Wieży Więziennej, zatem gdzieś na północ. Namioty elektora mogły być usytuowane gdzieś w rejonie obecnego dworca kolejowego czy nieco dalej. Przy drodze do Szczecina, ok. 1 km na północ od wieży znajduje się staw noszący jeszcze w XX w. zaskakującą nazwę Staw Margrabiego (Markgrafenteich), do dziś istniejący przy ul. Szczecińskiej. Domyślamy się, że to pamiątka z czasów tego oblężenia.

Jak książę Bogusław ucieczką z Pyrzyc sie salwował

Legendarny zgoła opis tego oblężenia z 1478 pozostawił Tomasz Kantzow kronikarz Pomorza z XVI w. (zob. rozdz. IV) By ratować księcia Bogusława na radzie wojennej postanowiono że przeprowadzi się go pod osłoną nocy przez bagna koło klasztoru augustianek na teren Płońskich Trzęsawisk koło Stróżewa. Pozostałością rozlewisk obok klasztoru między Wzgórzem Chramowym i Czarną Strugą, trzciną gęsto porośniętych jest do dziś Staw Złotej Rybki, do 1945 ozdoba parku miejskiego. Teren był trudno dostępny toteż oblegający nie pilnowali go należycie. Przewodnikiem księcia był rycerz z Mechowa Jan von Küssow. Wedle źródeł brandenburskich księcia miał przeprowadzić chłop, zaś późniejsza legenda dodała, ze chłop ów miał przenieść księcia przez bagna w koszu, brnąc w wodzie po pachy, w co trudno uwierzyć, bo Bogusław był mężem rosłym, jak na Pomorzanina przystało. Trzeba raczej przyjąć, że przeprawę zorganizował Küssow może z pomocą chłopa ze Starego Miasta. Bogusław dotarł do obozu zorganizowanego na wzór husycki przez okolicznych chłopów opodal Brodów. Albrecht na wieść on ucieczce księcia zwinął oblężenie i pociągnął za nim w kierunku Stargardu.

Zloty most w Brzesku

Na Brzeskiej Górze do 1945 r. zwanej Górą Strażniczą (niem. Wartberg) opodal południowych zabudowań Brzeska miał stać ? wedle legend - zamek ogromny, bo zamieszkały przez olbrzyma. Baszty zamkowe sięgały chmur, zwłaszcza gdy spojrzeć na nie z rozległej doliny Płońskich Trzęsawisk, rozciągających się na północ od wsi, opodal rzeki Płoni, Lubiatowa i Przylepu. Bagna te, dziś łąki podmokle, były tak głębokie, że nijak nie można było ich pokonać, by się do Lubiatowa dostać. Martwiło to naszego mieszkańca zamku. Chciał groblę, czy most zbudować. Znosił kamienie, zwoził żwir z okolicy, ale wszystko tonęło w przepastnej topieli.

Zniechęcony siedział kiedyś na jednym z głazów Brzeskiej Góry, głowiąc się jak drogę zbudować i jeziora Płoń nie obchodzić. Do zamyślonego podszedł Diabeł by zaoferować swe usługi. W ciągu nadchodzącej nocy gotów był most i to ze złota zbudować, zanim pierwszy kur rankiem zapieje. Olbrzym uznał to za niepoważną przechwałkę. Wobec tego Diabeł zaproponował zawody: rzucanie głazów. Najpierw Olbrzym miotał blok skalny wyrwany ze wzgórza zamkowego. Upadł w miejscu późniejszych zabudowań Brzeska. Diabeł wydobył z ziemi głaz trzykrotnie większy i rzucił go dwa razy dalej, aż na skraj bagien, opodal dzisiejszego przystanku autobusowego. Teraz kontrakt zawarto. Jedynym warunkiem Kusego była ? jak to zwykle w takich opowieściach bywa ? dusza Olbrzyma po śmierci.

Nocą Diabeł intensywnie pracował. Gdy o brzasku most był na ukończeniu, zapiały koguty rozsiadłe na okolicznych głazach. W topieli tonął zloty most. Koguty zapiały zaś za sprawą karzełków. Podsłuchały rozmowę i pragnęły uratować duszę Olbrzyma, który nocą trapił się z powodu swej lekkomyślnej umowy. Owe dwa głazy użyte w czasie zawodów, leżały długo koło wsi, zanim je nie rozbito i użyto do budowy drogi. Długo we wsi utrzymywało się przekonanie, że w Płońskich Trzęsawiskach można znaleźć kawałki złota po diabelskim moście. Czyżby było w tym zdrowe jądro?

"Oszalały siwek mielęciński"

Dawniej lud pyrzycki był przesądny. W Mielęcinie unikano nocnych wypraw na cmentarz, także ścieżki prowadzącej w dolinę rzeczną i do Krzemlina. Jesli bowiem ktoś o północy przechodził koło wieży kościelnej, wyskakiwał nagle siwek, który w szaleńczym kłusie obiegał najpierw karczmę położoną naprzeciwko cmentarza (gdzie obecnie świetlica wiejska), potem cwałował główną drogą przez wieś tratując wszystko co napotkał na przeszkodzie. Tuż przed pierwszą w nocy powracał tą sama trasą na cmentarz i znikał nagle, jak nagle się pojawiał wraz z wybiciem godziny pierwszej na zegarach.

Prof. Edward Rymar
"Pyrzyce i okolice poprzez wieki"



Wysoki kontrast - wersja strony dla niepełnosprawnych

szukaj Szukaj na stronie
e-Urząd

foto co? gdzie? kiedy?

Pytanie do Burmistrza

tv Nasz kanał TV

foto W obiektywie...

Unijne i krajowe fundusze pomocowe

Instytucje

Korzystanie z serwisu oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia